ul. Kacza 11a, 30-735 Kraków biuro@teczacpt.pl Zadzwoń do nas pod numer: 662-225-535, 501-254-773

„10 lat,aż tyle pięknych lat ukradła mi anoreksja…”

„10 lat,aż tyle pięknych lat ukradła mi anoreksja…”

 10 lat, aż tyle potencjalnie pięknych lat ukradła mi anoreksja. Ktoś mógłby zapytać, dlaczego „potencjalnie pięknych lat”? Odpowiedź jest prosta – dla mnie mogły być to pięknie, w pełni przeżyte lata młodej dziewczyny, kobiety, gdyby nie ona – anoreksja. Ostatnia dekada to był koszmar. Inaczej nie mogę tego nazwać.

Choroba swoje korzenie miała już w dzieciństwie. Zawsze byłam bardzo wrażliwym i skrytym dzieckiem. Nie mówiłam głośno o uczuciach, silnych emocjach, które wówczas przeżywałam: o strachu, lęku, złości, bezsilności i wstydzie. Zbyt wiele jak dla kilkuletniego dziecka. Mocno przeżywałam m.in. odwieczne kłótnie rodziców i ich nieudane małżeństwo, alkoholizm i romans ojca, wysokie wymagania w stosunku do mojej osoby ze strony rodziców, brak obecności mamy, która albo pracowała, albo była zbyt zmęczona, by się mną zająć, wyzwiska i brak akceptacji wśród rówieśników z powodu mojej nadmiernej tuszy. Już wtedy nauczyłam się wszelkie emocje przenosić na jedzenie, które stało się lekiem na całe zło i samotność. Brałam przykład z góry, jako że w mojej rodzinie wszelkie uczucia wyrażane są za pomocą jedzenia: odczuwasz radość, świętujesz sukces – jedz w nagrodę, odczuwasz smutek – jedz dla pocieszenia itd.

Jednak anoreksja o podłożu bulimicznym rozwinęła się u mnie w pełni, gdy miałam 19 lat. Wtedy nastąpiło apogeum problemów rodzinnych, z którymi nie potrafiłam sobie poradzić. Oczywiście nie zdawałam sobie sprawy z tego, że to w wyniku tych wszystkich kłopotów, z którymi musiałam się zmierzyć, zaczęłam wymiotować i się odchudzać. Zaczęłam wówczas koncentrować się wyłącznie na jedzeniu, wymiotowaniu i odchudzaniu, aby zagłuszyć ból, strach i samotność. Nie myślałam wówczas racjonalnie. Wpadłam w pętlę, z której nie potrafiłam się wydostać. Oczywiście nikomu nie zdradziłam swojego sekretu.

Na początku byłam z siebie dumna, czułam się wyjątkowa, mogłam jeść, ile mi się żywnie podobało i nie tyć. Jednak z biegiem lat było coraz gorzej. Im byłam szczuplejsza, tym bardziej traciłam resztki pewności siebie, czułam się nieatrakcyjna i niepotrzebna, stawiałam sobie poprzeczkę coraz wyżej i dążyłam do perfekcjonizmu w każdej dziedzinie życia. Byłam nieszczęśliwa, wpadłam w depresję i nie widziałam dalszego sensu, by o siebie zawalczyć.

Po sześciu latach męczarni mój sekret odkryła mama i od tego momentu za wszelką cenę szukała dla mnie pomocy. Jednak ja nie widziałam sensu walki, jeździłam do wielu lekarzy, psychologów, psychiatrów, którzy „raczyli” mnie jedynie lekami, nie zalecając żadnej terapii. Wielu specjalistów twierdziło, że nie potrafi mi pomóc, bądź niektórzy na pierwszy plan wysuwali kwestie finansowe, jako że „pacjent musi dbać o swojego terapeutę”. Czułam się tym wszystkim zdegustowana, zbulwersowana i zniechęcona.

W dodatku, odbywało się to wszystko w wielkim sekrecie przed rodziną, jako że nie mogli się dowiedzieć o mojej „przypadłości”. Mama zakazała mi mówić o mojej anoreksji wśród bliskich, tłumacząc, że nie chce, by inni się martwili. Jednak ja wiedziałam, że się wstydzi mojej choroby. Wielokrotnie podkreślała, że jest jej wstyd jak wyglądam, a moją potrzebę wymiotowania nazywała „podszeptami szatańskimi”. Do tej pory moja choroba w rodzinie stanowi temat tabu. Chorując, czułam się strasznie osamotniona, czułam, że mama i mój mąż nie rozumieją mojej choroby. Postrzegali ją bardzo stereotypowo, czerpiąc informacje zaczerpnięte z Internetu, gdzie roi się od głupot na temat zaburzeń odżywiania. Szczególnie dla mamy jedynym problemem były moje wymioty, które – jak uważała – za wszelką cenę trzeba zwalczyć i problem zostanie rozwiązany. Ja zaś nie potrafiłam wyjaśnić, z czym tak naprawdę się borykam, jako że sama tego nie rozumiałam.

Dwa lata temu, gdy anoreksja i depresja osiągnęły apogeum, mama znalazła w  Internecie ośrodek terapeutyczny „Tęcza”. Umówiła mnie na konsultację, ponieważ ja nie miałam odwagi i siły, by samodzielnie się z tym zmierzyć.

W ośrodku poznałam panią Renatę. To była pierwsza i jedyna osoba, która po wysłuchaniu mnie powiedziała: „Wiem, jak Ci pomóc, ale to będzie długotrwały proces i sama musisz tego chcieć”. Nie owijała w bawełnę, była bardzo rzeczowa i konkretna. Doznałam szoku, dosłownie. Przyjechałam do „Tęczy” z uprzedzeniem i negatywnym podejściem, traktując to spotkanie jak jedno z wielu, z którego i tak pewnie nic nie wyniknie. Nie chciałam się leczyć, gdyż po tylu negatywnych doświadczeniach nie wierzyłam w terapię. Jednak tam po raz pierwszy usłyszałam, że ktoś potrafi mi pomóc. Poczułam się tak, jakby ktoś ściągnął ze mnie wielki ciężar, który przez przeszło osiem lat ze sobą nosiłam i który ciągnął mnie mocno w dół i nie pozwalał się podnieść. Doznałam wielkiej ulgi, słysząc słowa pani Renaty, gdyż byłam już bardzo zmęczona i wycieńczona chorobą. Poczułam, że w końcu ktoś rozumie mój problem i wie, jak się z nim uporać. Czekało mnie kilka lat terapii, ciężkiej pracy, jednak byłam na to nastawiona. Stwierdziłam, że nic nie stracę, a mogę jedynie zyskać.

Zdecydowałam się na terapię weekendową, która jest o wiele dłuższa od stacjonarnej, jednak odczuwając wielki strach przed utratą pracy, nie chciałam iść na zwolnienie lekarskie. Moja terapia obejmowała sesje indywidualne i pracę w grupie. Przed pierwszą sesją terapeutyczną w grupie byłam przerażona. Stresowałam się, że inne pacjentki będą ode mnie szczuplejsze, skrytykują mnie i nie zrozumieją. Jednak przede wszystkim bałam się, że nic nie powiem w czasie spotkania, gdyż będąc wówczas odludkiem, za wszelką cenę unikałam towarzystwa ludzi. Wszystkie moje obawy okazały się bezpodstawne. W czasie sesji, gdy zaczęłam mówić o sobie, nie mogłam skończyć. Zrozumiałam, że inne dziewczyny mają podobny problem i czują praktycznie to samo, co ja. Chciałam podzielić się swoją historią. W końcu znalazłam ludzi, którzy mnie rozumieli. Mogłam porozmawiać z nimi o wszystkim, co mnie niepokoi i boli. I co najważniejsze, nikt mnie nie oceniał, nie krytykował, do niczego nie zmuszał.

Jednak nie mogę stwierdzić, że terapia to bułka z masłem. Wręcz przeciwnie. To potwornie ciężka praca, która czasem wyciska z człowieka wszystkie soki, pozbawia sił i energii. W czasie terapii poruszałam wiele bolesnych wątków z mojego życia, wracałam do wspomnień, o których chciałam zapomnieć, które przyćmiłam anoreksją i wymiotami. W czasie pracy nad sobą przeżywałam ciągłe wzloty i upadki. Często przeżywałam tak ciężkie momenty, że odpychałam od siebie wszystkich bliskich, zamykając się w sobie i nie chcąc z nimi rozmawiać. Nie wychodziłam z domu, nie spotykałam się ze znajomymi, budowałam czarne scenariusze i nadal wymiotowałam. Niemal się nie rozwiodłam, gdyż stwierdziłam, że czuję się tak samotna, nieszczęśliwa i niezrozumiana przez męża, że nie jestem w stanie dłużej ciągnąć tego związku.

Z czasem trwania terapii, analizując bolesne kwestie, stopniowo zaczęłam rozumieć przyczyny mojej choroby. Stawałam się bardziej świadoma swoich emocji i przeżyć. Zaczęłam postrzegać świat w zupełnie innych barwach. Dzięki terapii zaczęłam widzieć rzeczywistość zupełnie inaczej niż do tej pory. Docierały do mnie rzeczy, których wcześniej nie dostrzegałam. Zaczęłam rozumieć również swoich najbliższych: mamę i męża. Zrozumiałam, że mój mąż wcale nie bagatelizował mojej choroby, po prostu nie potrafił sobie poradzić z bólem i bezsilnością, jaką czuł, nie mogąc mi pomóc. Czuł się równie osamotniony jak ja, gdyż nie miał nikogo, z kim mógłby porozmawiać, wyżalić się i zasięgnąć rady. Czasem stwierdzam, że był w o wiele gorszej sytuacji, gdyż ja mogłam porozmawiać o problemach na terapii, on nie miał nikogo, z kim mógłby to zrobić. To samo dotyczy mamy.

Dzisiaj mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że jestem już zdrowa. Anoreksja to przeszłość i nie chcę do niej wracać. Nigdy! Czuję się wolną, pewną siebie kobietą. Dzięki pomocy terapeutów oraz dzięki własnej systematycznej i wytężonej pracy osiągnęłam upragnioną wolność. Było warto włożyć w to wszystko tyle wysiłku. Zmieniłam się zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Dzisiaj czerpię z życia wiele radości, ciągle się uśmiecham i śmieję się na cały głos (wcześniej byłam stale poważna, sztywna i uśmiechałam się jak sztuczna lalka). Nie czuję już ciągłego napięcia i strachu, nie skupiam obsesyjnie swoich myśli wyłącznie na jedzeniu. Teraz skupiam się na innych aspektach życia, staram się spędzać jak najwięcej czasu z mężem, spotykam się ze znajomymi. Zdobyłam się także na odwagę i opowiedziałam najbliższym znajomym o chorobie, dzisiaj rozmawiam z nimi o tym bez problemu, cieszę się, że mogę na nich polegać. Nauczyłam się prosić o pomoc, nie jestem już przysłowiową „Zosią Samosią”.

Dbam również o swoje dobre samopoczucie i staram się robić tylko coś dla siebie, m.in. zaczęłam chodzić na fitness, na którym nie tylko zrzucam z siebie cały stres związany z pracą, ale również nawiązuję nowe znajomości. Pomimo że przybyło mi kilka kilogramów, nie przeszkadza mi to. Lubię swoje krągłości, teraz czuję się atrakcyjną kobietą, czerpię z tego radość i satysfakcję. Jednak najważniejsza jest dla mnie przemiana psychiczna. Teraz potrafię sobie radzić z wszelkiego rodzaju problemami i negatywnymi emocjami. Gdy mam gorsze chwile, staram się je analizować, szukam przyczyny, dlaczego czuję się w danym momencie tak, a nie inaczej. Nie tłumię już problemów przy pomocy wymiotów. Pozwalam sobie na o wiele więcej luzu i spontaniczności, nie robię wszystkiego perfekcyjnie. Nareszcie jestem sobą i taki stan rzeczy bardzo mi odpowiada. Przede wszystkich jestem wolna i świadoma, uwolniłam się z sideł, którymi uwięziła mnie anoreksja na wiele lat. Stwierdzam, że jestem z siebie dumna. Jestem także ogromnie wdzięczna moim kochanym terapeutom: pani Renacie i panu Miłoszowi za trud i pomoc, jakie włożyli w mój proces zdrowienia. Jestem wdzięczna również dziewczynom z grupy za wsparcie i wspólną pracę. Dziękuję Wam wszystkim.

Moja terapia to długotrwały proces, który trwa również po jej zakończeniu. Zdaję sobie z tego sprawę i nadal nad sobą pracuję. Nieustannie. Ale teraz robię to z radością.

 

                                                                                                                                 Ola

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Facebook